Pogoda
Swiat Pogody .pl

Paweł Zyzak

  Sensacyjne wyniki sondaży, w których Ruch Pawła Kukiza uzyskuje ponad 20%, zdają się paraliżować moce poznawcze obserwatorów. Dominują dwa nurty rozważań. Jedni dywagują nad tym, czy można zaufać sondażom, inni czy można zaufać Kukizowi.

    Sporym zainteresowaniem cieszą się teksy opisujące zaplecze polityczne Kukiza. Erozji zdaje się podlegać pogląd, iż trzonem Ruchu Kukiza jest Ruch Obywatelskiego na rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych. Aktualnie przywołuje się nazwiska nieco bardziej doświadczonych działaczy, od samorządowców i urzędników wrocławskich spółek komunalnych, po potentatów rolniczych i biznesowych, od byłych działaczy „Samoobrony”, po założycieli partii KORWiN.
    Obecność tym podobnych ludzi w otoczeniu Kukiza nie dziwi. Oto rodzi się nowa siła polityczna, nie można przespać chwili. Można się w promieniach Ruchu Kukiza ogrzać. Urzędnikami – którzy stracili protektorów z PO, PSL, SLD czy nawet PiS – zwyczajnie steruje instynkt przetrwania. Nadreprezentacja byłych działaczy PO zdaje się być oczywista. Zresztą sam Kukiz sympatyzował kiedyś z tą formacją, a obecnie stara się pozyskać jej elektorat.
Kukiz nęci nie tylko perspektywą miejsc na listach. Jednomandatowe okręgi wyborcze – sztandarowy punkt programu jego środowiska – są atrakcją samą w sobie. Szczególnie dla takich właśnie „przedsiębiorczych” wizjonerów i społeczników, zarówno z milionami na koncie, jak i kredytami do spłacenia. Siły są nierówne. W razie pojedynku wyborczego, młodzi aktywiści z ruchu JOW, kroczący za Kukizem od dnia „pierwszego”, mogą skończyć z nagrodą pocieszenia, pamiątką uczestniczenia we współczesnym Jarocinie.
Nawet jeśli dziennikarze wsłuchują się w głos młodych współpracowników Kukiza, wolą analizować intencje i wypowiedzi Kukiza. Nie przeceniają znaczenia głównych haseł i postulatów ruchu. Z gracją je omijają, przenosząc ciężar dywagacji choćby na kwestię, czy Kukiz wyprowadzi religię ze szkół i zniesie finansowanie Kościoła. Jednym z owych powodów buntu, przypomnijmy, wciąż raczej są partie polityczne, zamknięte i karnie podporządkowane centrali oraz brak możliwości, ze strony obywateli, oddziaływania na posłów i rozliczania ich z obietnic wyborczych.
Problem bez wątpienia istnieje, choć mało którego opiniodawcę obchodzi. Konsekwencje braku mechanizmu służącego weryfikacji jakości pracy posła, są dwojakie. Owszem, jest i spolegliwość polityka względem kierownictwa partii i wiodącej linii programowej, aczkolwiek spolegliwość jest cechą zakotwiczona w osobowości, a nie wyuczoną. Spolegliwość nie odbiera posłom możliwości forsowania spraw regionalnych i krajowych, na szczeblu partyjnym, parlamentarnym i rządowym. Spolegliwość można poza tym tłumaczyć koniecznością wyzyskania maksymalnej skuteczności w głosowaniach.
Ta druga konsekwencja braku kontroli społecznej nad politykami jest poważniejsza. Spolegliwość nie gwarantuje politykom uzyskanie mandatu. Aby zminimalizować niewiadomą, lokalni politycy bronią wszelkimi sposobami swojej pozycji w partii. Jednym z nich jest manipulowanie dopływem nowych członków, w efekcie równa się zamknięciu formacji. Złożenie szefowi partyjnej komórki, grubej deklaracji członkowskiej, bardzo szczegółowej, jeśli idzie o życie prywatne, zawodowe i majątek, nie daje rękojmi powodzenia. Szczerość nie przekłada się na wynik. Miejscowi liderzy partyjni nie prowadzą naboru wśród ludzi, których rozpiera aktywizm społeczny. Werbują „żołnierzy”.
Jak taki polityk, pochłonięty walką o utrzymanie „miejsca”, a nie dobro „miejscowości”, może mieć jeszcze czas słuchanie obywateli oraz pochylanie się nad ich bolączkami. Partia zamknięta, za sprawą selekcji negatywnej, koroduje. W takich warunkach powstaje cała lista następstw negatywnych, że posłużymy się znanymi nam przykładami: bierność aktywu w czasie kampanii prezydenckiej; wchodzenie w „lokalne” układy; niechęć do walki o „całą pulę”; niechęć do walki w ogóle; „krótkie ławki”; oderwanie semantyczne – język nomenklatury w miejsce języka potrzeb „szarego” obywatela; wreszcie próby wasalizacji, uzależniania i likwidacji organizacji o charakterze pozarządowym.
Warto dodać pewne zjawisko, nazwijmy je „efektem lustra”, polegające na parodii relacji polityk – obywatel. Spotkania posłów z wyborcami są rzadkie, albo żadne. Zresztą częstsze ich zwoływanie traci sens, bowiem przybywają nań ludzie związani ze środowiskiem partii. Dochodzi do kameralnego spotkania sympatyków partii z „panem, który pracuje w Warszawie” i ociera się o „wielką politykę”. Dominują tematy z „wielkiej polityki”. Spotkanie kończy się brawami. Polityk kończy je w poczuciu, że spełnił swoją misję –zaspokoił ciekawość ludzi… uczestnicy też są usatysfakcjonowani. Mogli zadać politykowi pytanie, usłyszeć odpowiedź oraz pośrednio „otrzeć się”  o „wielką politykę”.

Dziennikarze też wolą problemy z „wielkiej polityki”. Nie trzeba się ruszać ze stolicy. Niewiele więc wiadomo, co się w partiach dzieje. Nie wiadomo np. co dzieje się w PO, chociaż ponoć partia „rozpada się”, „pęka” i „tonie”. Może tak jakiś zbadany, a nie tylko zasłyszany konkret? Chcieliby inaczej potraktować Ruch Kukiza, ale też się nie udaje. Mentorsko za to studzą wnioski na temat zaplecza Kukiza.
Jeden z takich dziennikarzy „prawicowych” napisał, że dla niego „jedno jest jasne: jeżeli założymy, że w wyłaniającej się dziś konfiguracji koalicja PiS z Kukizem wydaje się najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem, partia Kaczyńskiego musi z pewnością dokładnie sprawdzić swojego ewentualnego sojusznika”…
Chwileczkę. Z tego co się orientuję, Ruch Kukiza jest batem na bolączki skostniałego systemu partyjnego. Ma być ruchem społecznym i obywatelskim. Ponoć to on jest od sprawdzania PiS, PO, PSL itd., czyż nie? Czy jeśli powstanie Ruch Kontroli Rzetelności Prasy, to czy naprawdę dyskusję o przedmiocie jego kontroli, ma zastąpić wezwanie gazety „X” i „Y” do sprawdzenia, kto jest w tym ruchu? Czy dajmy na to Ruch Kontroli Wyborów, powinien być zawczasu sprawdzony przez PiS, PO albo Państwową Komisję Wyborczą?
No więc wracamy do pierwotnych, fundamentalnych postulatów środowiska Kukiza; Kukiza wojującego z „partiami”, „partyjniakami” i „wodzami”. A może wpierw kolega dziennikarz sprawdziłby, czy postulaty Kukiza są zasadne? Nawet powierzchowna analiza problemu, ma moc zlustrowania intencji kandydata, a nawet jego elektoratu. Istnieje ryzyko, że wynik takiej analizy usatysfakcjonowałby Kukiza, ale z drugiej strony, jego przeciwnicy mieliby czas na wymyślenie lekarstwa na tzw. „partyjniactwo”. To doprawdy fenomen, że niewielu interesuje, o co temu Kukizowi z tym „partyjniactwem” chodzi …
Gdybym autora pomysłu sprawdzania Ruchu Kukiza znał z tego, że od lat jeździ po kraju, przepytuje polityków i obywateli, bada ewolucję partii politycznych, wytyka błędy i nieprawidłowości, proponuje zmiany, itd., itd., pewno bym go nawet nie zacytował. A tak muszę zauważyć, że gdy, zamiast badać, komentował i przepytywał ważnych polityków z Warszawy, wiele mogło się zmienić. Może np. PiS przestał być dawnym PiS-em, PO stała się SLD, a PSL podpisała się pod programem Korwina-Mikke…
Nie rozumiem też, dlaczego zajmować czas partii, która jest od dawna w parlamencie, ruchem na razie pozapartyjnym. Odwodzić jej uwagę od ciężkiej pracy legislacyjnej i zdobywania władzy. Nawet wolałbym, aby politycy nie sprawdzali polityków, zwłaszcza takich, z którymi będą zaraz rywalizować. Widzę natomiast pracę dla owego dziennikarza, który zamiast dawać dobre rady partiom politycznym, może by tak sam zajął się sprawdzaniem, czyli swoim zawodem.
Jeśli to polityk mówi: „Głosujecie na ludzi niesprawdzonych i doświadczonych. Na nas głosujcie”, rzeczy się mają prawidłowo. Wówczas dziennikarz sprawdza jednych, albo drugich, albo jednych i drugich, a nie oczekuje, żeby go wyręczali sami zainteresowani.

Już niedługo Ruch Kukiza doczeka się aż trzech takich recenzentów. Na lewej, „liberalnej” flance, będzie go oceniał inny „ruch społeczny” – jak mówi o swej inicjatywie – ekonomista Ryszard Petru. To zabawny przypadek ekspresowego powstania grupy politycznej reprezentującej interesy explicite polskich wierzycieli. Partii powstałej w zaiste nowoczesnym stylu, zainaugurowanej w sondażach…
Leszek Balcerowicz, z którym projekt Nowoczesnej.pl był „konsultowany”, w latach 90. wprowadzał skreślony na Harvardzie przez Jeffrey’a Sachsa plan „terapii szokowej”, polegający na ściągnięciu z polskiego społeczeństwa i polskiego majątku kilkudziesięciu miliardów komunistycznych długów. Nowy dług potrzebuje najwidoczniej starych rozwiązań.
„Wolność gospodarcza” w rozumieniu Petru wyraża się sceptycyzmem wobec obniżenia obciążeń podatkowych dla małych przedsiębiorców, jak również wobec opodatkowania sieci sklepów wielkopowierzchniowych, w tym supermarketów, następnie sektora bankowego, firm podatkowych, itd. Z entuzjazmem wyraża się natomiast Petru o deregulacji. Nawet w kwestii tzw. „frankowiczów” staje po stronie rodzimego sektora, strasząc, że zbytnie ulżenie dłużnikom „rozwali system bankowy, do którego potem budżet państwa będzie musiał dopłacić”. (Jak to „będzie musiał”?)
Oferta Ruchu Petru nie jest tedy skierowana do biznesmenów. Skierowana jest do elektoratu PO, niedawno osiodłanego przez Kukiza. Do grup ludzi młodych i nieco starszych, którzy nie odczuli „reformy” Balcerowicza, a „reformy” PO dotknęły ich w ograniczonym stopniu. Rozczarowanych, którzy przestali wierzyć PO nawet wtedy, kiedy mówi „jesteście najmądrzejsi i najbardziej światowi, a tamci to frustraci”. PO też spróbuje odzyskać swych zawiedzionych.
Paradoksalnie najbardziej zaciętym rywalem Ruchu Kukiza może się stać aktyw polityczny PiS. Na listach znajdą się wszak kandydaci „prawicowi”, może nawet z Ruchu Narodowego, KNP i KORWiN-a. Miast wzmacniać potencjalnego koalicjanta, obnażając cele środowiska Petru i Balcerowicza, aktyw będzie, moim zdaniem, walczył o byt i bytność zawzięcie z podejrzanym Kukizem. Karność aktywu można owszem egzekwować, jednakże w okresie od dnia rejestracji list wyborczych do momentu ogłoszenia oficjalnych wyników wyborów, żaden wódz niczego nie wyegzekwuje. Jeszcze jeden urok partii zamkniętej.
Ufnie przy tym zakładamy, że Ruch Kukiza traktowany jest wciąż jako potencjalny koalicjant, a nie jako żerowisko. Nawet dzisiejsza polityka nie pozwala wykluczyć sojuszu dziesięciolecia, prawda?